Słów kilka o polskim piekiełku

Podział na prawdziwych Polaków i lemingi, na mohery i młodych wykształconych z dużych miast, na ludzi „Solidarności” i komuchów oraz agentów, na swoich i wrogich kształtował się przez lata.

Brak umiejętności racjonalnego myślenia i budowana przez wieki mitologizacja Polskości ma katastrofalne skutki. Wpajane od małego bycie narodem „wybranym”, „Chrystusem narodów” czy inne tego typu brednie zabiły w Polakach resztki rozsądku. Dziennikarze, którzy już nawet nie udają obiektywizmu, codziennie agitują do głosowania na swoich protektorów. 

Około 50% Polaków nie ma na kogo głosować. niecałe 20% głosuje na tych, którzy udają reprezentantów przegranych (PiS), następne blisko 20% na tych którzy udają, że są prorozwojowi reformatorscy (PO) a kilkanaście procent na byle kogo (SLD, PSL, Palikot etc).

W Polsce wystarczy udawać, że jest się reprezentantem biedniejszych, słabszych, mniej zaradnych by uzyskać aprobatę tłumu. Mozolne zabiegi „zaprzyjaźnionych” mediów przyniosły efekty w postaci sporego poparcia dla zdemoralizowanego PiS-u. Partia, która ma niewiele wspólnego z tą z 2005 roku, która wielokrotnie została przyłapana na nieudolnych próbach przekrętów dziś święci triumf. Poparcie dla Platformy również nie napawa optymizmem, o reszcie nie wspominając.

Politycy i dziennikarze, którzy nie różnią się niczym od prostytutek wciąż utrzymują sporą wiarygodność. Wystarczy mówić to co dany odbiorca chce w danym momencie usłyszeć. Żadnych inicjatyw, żadnej głębszej myśli. Śmieszne hasełka o niepokorności i płynięciu pod prąd gdy w praktyce lecą na przemian w jednym z dwóch głównych nurtów.

W myśleniu w kategoriach czarno-białych. Albo Smoleńsk albo salon, albo z nami albo przeciw. Nie ma miejsce na indywidualność czy nawet trzecią drogę. Te 50 procent, które nie ma na kogo głosować, kogo poprzeć, za kim się opowiedzieć przez ponad dwadzieścia lat nie stworzyło niczego, żadnej alternatywy. Do tej pory było jedynie straszakiem dla dziennikarzy i polityków, pistoletem, który jeszcze nie wypalił.

Strach przed zmianami, nieznanym oraz propagandowa sieczka serwowana przez obie strony PO-PiS-owego sporu wraz z popierającymi ich mediami i sprzedajnymi dziennikarzami konsolidują ich „plemiona”.

Ludzie dopiero powoli uczą się, że jeśli ktoś nas zawiódł tyle razy przez lata to trzeba odłożyć na bok bajki o zmianach. Optymalnym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie blokady dla zasiedziałych polityków. Tak jak prezydent rządzi maksymalnie dwie kadencje, tak posłowie i senatorowie mogliby sprawować mandat maksymalnie dwie kadencje. Zmusiłoby to przynajmniej do tworzenia się nowych kadr, które musiałby być bardziej samodzielne niż dzisiejsze „cienie” partyjne.

Najważniejszym i najtrudniejszym będzie natomiast zmiana sposobu myślenia zniszczonego społeczeństwa. Tak jak kuracja alkoholików i narkomanów, proces zmiany mentalności i wychodzenie społeczeństwa z marazmu będzie czasochłonny. Paradoksalnie nadzieja w tym, że postępujące wyniszczenie państwa wymusi na Polakach szybszą i bardziej zdecydowaną reakcję a nie tylko wymianę jednego „dilera” na drugiego, który będzie serwował obywatelom ten sam syf ale w innej postaci…