Prowizorka na ostatnią chwilę…

09.10.2016

Jak wszyscy wiemy kilka dni temu doszło do zerwania negocjacji z francuską firmą Airbus w sprawie śmigłowców dla polskiej armii. Nie zamierzam tutaj rozwodzić się nad „wyższością” bądź nie Caracali nad innymi śmigłowcami –  nie jestem ekspertem i w przeciwieństwie do naszych polityków nie zamierzam udawać, że znam się na wszystkim – tą dyskusję pozostawiam ekspertom od sprzętu wojskowego oraz pilotom tychże maszyn. W tym artykule jak zawsze zamierzam się skupić na nieodpowiedzialnym postępowaniu „miłościwie nam panujących”, zarówno poprzedniej jak i obecnej kadencji.

Śmigłowiec.jpeg

Pomijając całą procedurę przetargową – rozpoczętą w 2012 roku jeszcze za czasów PO-PSL, która od samego początku była obarczona błędnymi warunkami postawionymi potencjalnym producentom – zerwanie rozmów z Francuzami może przynieść poważne konsekwencje dla polskich sił zbrojnych. W obliczu tej decyzji spory o to, czy Caracale były dobrym wyborem czy też nie, nie mają już sensu. Kluczowe jest to, co będzie dalej. Bo jedno jest pewne: polscy żołnierze ryzykują życie na sprzęcie, który powinien trafić do muzeum.

Koalicja PO-PSL odpowiada głównie za obecny stan. Dobrze wiedząc, że czasu zostało niewiele długo w sprawie nowych śmigłowców nic nie robiła. Gdy już się zdecydowała na jeden duży kontrakt dla armii to wybór śmigłowców i cena wzbudziła wiele kontrowersji – w pierwotnym założeniu miało być 70 maszyn za 12 mld zł. a skończyło się na 50 śmigłowcach za 13.5 mld zł. Zastanawiające prawda, że koszt jednego śmigłowca w ostatecznym rozrachunku miał być porównywalny z kosztem samolotu wielozadaniowego? Żeby tego było mało cała procedura przetargowa trwała ponad 3 lata i wyboru śmigłowców dokonano dopiero w 2015 roku, tuż przed wyborami…

Nie zmienia to faktu, że PiS kończąc negocjacje z Airbusem postawił polskie siły zbrojne w ciężkiej sytuacji – najpóźniej w 2017 lub maksymalnie 2018 powinna zacząć się wymiana przestarzałego sprzętu. Czasu na zastanawianie się już nie ma. To wówczas ostatecznie zaczną się wykruszać najstarsze śmigłowce transportowe naszego wojska, radzieckie Mi-8. Niektóre z nich mają już 40 lat. Część z nich jest mocno wyeksploatowanych po ciężkiej pracy w Iraku. To w ich miejsce miały zacząć się pojawiać H225M (Caracale). Jeszcze gorsza jest sytuacja śmigłowców morskich Mi-14, które również miały być zastąpione przez H225M. Są nieco nowsze, ale równie wyeksploatowane, bo służą między innymi do operacji ratunkowych na Bałtyku. Do 2021 r. wszystkie powinny zniknąć z polskiego nieba. Nieco lepiej jest w przypadku trzeciego typu śmigłowców, które miały zastąpić H225M, czyli Mi-17 (zmodyfikowana wersja Mi-8). Najstarsze z nich mają przed sobą jeszcze kilka lat służby, ale do połowy przyszłej dekady wszystkie znikną z polskiego nieba. Zostanie na nim tylko 12 najnowszych Mi-17, które interwencyjnie kupiono już w XXI wieku na potrzeby misji zagranicznych. Te mogą latać jeszcze do końca lat 20.

Reasumując wojsko ma poważny problem. Po 2018 r. zacznie się tworzyć „dziura śmigłowcowa”. Potencjał polskich sił zbrojnych zmaleje, co można już uznać za pewne.

Mi-14

 

PiS będąc jeszcze w opozycji mocno krytykował wybór Caracali (jak wspomniałem wyżej nie mnie oceniać słusznie czy nie a zdania ekspertów jak zawsze są podzielone). Zmierzam jednak do czego innego – skoro PiS-owi nie odpowiadały Caracale to dlaczego nie zakończono rozmów z Airbusem tuż po wyborach? Ponoć dlatego, że jak powiedział Bartosz Kownacki – zerwanie rozmów kosztowało by Polskę 100 mln zł. Dlatego umowę skierowano do dalszych negocjacji offsetowych. I tu zaczyna się problem. Polska strona prowadziła te negocjacje rok czasu. Co więcej wychodzi na to, ze mimo tego, że Francuzi zgodzili się naprawdę na wiele Polska cały czas szukała pretekstu do zerwania negocjacji – w ostatniej chwili strona polska rzuciła kolejne żądanie. Tym razem żelaznym wymogiem było zapewnienie transferu technologii amunicji do czołgów Leopard, nie zważając na to, że Airbus nie posiada takiej technologii i musiałby się dogadać z inną francuską firmą co się nie udało. Czy przeciąganie rozmów offsetowych przez rok czasu i ostateczne ich zerwanie – w czasie gdy terminy gonią – jest odpowiedzialną polityką rządu oceńcie sami. Moim zdaniem jednak o wiele lepiej było zerwać negocjacje tuż po wyborach, zapłacić to odszkodowanie (czego prawdopodobnie teraz i tak nie unikniemy) i rozpocząć poszukiwanie innych śmigłowców. Pozostaje również kwestia naszych stosunków z Francją, które decyzją o zerwaniu rozmów z Airbusem zostały mocno nadszarpnięte – tutaj jednak w przeciwieństwie do wielu komentatorów w nosie mam „obrażenie się” żabojadów. Jak wielokrotnie pisałem polski rząd ma dbać o Polskie interesy a nie przejmować się samopoczuciem zachodnich polityków. Niestety w tym wypadku PiS nie zadbał należycie o polskie interesy (niepotrzebnie przedłużając rozmowy) a na dodatek popsuł bardziej i tak kiepskie relacje polsko – francuskie.

PO-PiS-owa ferajna znowu się popisała nieudolnością i nieodpowiedzialnością. Mleko się rozlało i nic już na to nie poradzimy, teraz trzeba się zastanowić co dalej z tym fantem zrobić i w jaki sposób zapewnić polskim siłom zbrojnym odpowiedni sprzęt. Co zatem zrobić, aby bezpieczeństwo Polski ucierpiało jak najmniej? Przede wszystkim trzeba działać szybko. Nie ma raczej szans już na rozpisanie kolejnego tak dużego przetargu jak poprzedni (brak czasu) zostają więc tylko działania awaryjne. Jak powiedział Antoni Macierewicz – „Będziemy dążyli do jak najszybszego rozwiązania tego problemu z punktu widzenia potrzeb armii polskiej i polskiego przemysłu zbrojeniowego, dążąc do zawarcia umów, które pozwolą jak najszybciej wyposażyć polską armię w niezbędne helikoptery wielozadaniowe.” MON prawdopodobnie przeprowadzi zakupy w ramach tak zwanej „pilnej potrzeby operacyjnej” w celu awaryjnego załatania dziury powstałej po starych śmigłowcach. Prawo unijne pozwala zrezygnować z przetargu i zaprosić do negocjacji kilka firm spełniających oczekiwania wojska albo nawet rozmawiać tylko z jedną firmą. Wojsko będzie sukcesywnie dokupować brakujące śmigłowce. Najpierw np. śmigłowce transportowe w miejsce MI8 (osobiście obstawiam, że będą to śmigłowce amerykańskie Black Hawk – mniejsze od Caracali), potem inne (Black Hawki prawdopodobnie się nie nadają) dla Marynarki Wojennej w miejsce Mi-14, itd. Pozwoli to na znaczne przyśpieszenie zakupu śmigłowców, lecz będzie mniej przejrzyste i prawdopodobnie w ogólnym rozrachunku zapłacimy więcej niż te planowane 13.5 mld zł – zakup dużej ilości w jednym przetargu zawsze jest tańszy niż kilka zakupów mniejszej liczby śmigłowców. Poza tym koncerny zbrojeniowe nie będą musiały tak rywalizować jak podczas normalnego przetargu i policzą sobie dodatkowo za pośpiech. Nie będzie też takich możliwości dostosowania sprzętu do wymagań polskiego wojska – trzeba będzie kupować takie, jakie ma w ofercie producent. Ekspresowe procedury nie zostawiają czasu także na negocjację kompleksowego offsetu, czyli straci na nich polski przemysł. Najpewniej nie będzie też czasu na zadbanie o spójny system wsparcia dla śmigłowców, czyli np. umieszczenie w Polsce centrum serwisowego i szkoleniowego.

Podsumowując. Ze śmigłowcami dla polskiej armii jest jak ze wszystkim – pełna prowizorka na ostatnią chwilę. Teraz rząd PiS ma okazję żeby się wykazać i pokazać swoje możliwości negocjacyjne. Dla bezpieczeństwa Polski i polskich pilotów mam nadzieję, że mają dobry plan. Łatwo było krytykować będąc w opozycji teraz czas pokazać, że się potrafi – nie ma zmiłuj. Lekko nie będzie bo wszyscy wiedzą, że nas czas goni i przez to mogą stawiać trudne warunki… Niestety jak znam życie i dotychczasowe dokonania PiS-u, prawdopodobnie okaże się, że warunki są nieważne byle złożyć zamówienie u Amerykanów – Sikorsky zaciera już ręce…

Źródła: GP, TVP, Wprost, Defense24