Czas na referendum

referendum

Za niedługo odbędzie się referendum. Nie będę już opisywał tutaj pytań, bo wszyscy zainteresowani je znają. Nie będę też nikogo uświadamiał jak głosować (nasze zdanie na ten temat w kolejnym artykule). Pragnę natomiast gorąco zachęcić wszystkich do udziału w tym referendum. Nieczęsto mamy okazję wypowiedzieć się w sprawach naszego kraju. Jeśli już mamy jednak  taką szansę, to jeden element naszej układanki politycznej, zamiast na referendum ,wysyła nas na grzyby (pamiętne referendum warszawskie, w którym nie było frekwencji za sprawą zbojkotowania referendum przez fanów PO), albo jak już PO referendum ogłasza, to druga część tych politycznych gadów (tym razem ta mieniąca się prawicą tudzież demokratami) namawia nas, abyśmy pozostali w domach.

Rozprawmy się teraz z ich argumentami, które wydają mi się co najmniej dziwne i przyjrzyjmy się kto nas do bojkotu referendum namawia, aby ustalić kto na naszej bierności skorzystał w przytoczonym powyżej referendum warszawskim i kto skorzysta na naszej bierności obecnie. A więc zacznijmy przytaczać te antyreferendalne brednie.

1) Nie należy iść na referendum bo to pieniądze wyrzucone w błoto- „BYZYDURA!!!!!!!!!” Rozumiem, że twórcy tej oszałamiającej swym polotem koncepcji przekonują, że jeśli na referendum nie pójdziemy, to zaoszczędzimy kasę. Otóż nie zaoszczędzimy. Niezależnie od tego czy pójdziemy ,czy nie , wydamy na referendum dokładnie tyle samo. Chociażby frekwencja wyniosła 0,01 %, trzeba będzie wydrukować pytania zebrać komisje referendalne i i  tak za wszystko bulić. Właśnie tylko wtedy, gdy na referendum pójdziemy nie będzie to kasa wydana bez sensu. Nasze głosy i kasa którą na zorganizowanie nam możliwości ich oddania, państwo wyda trafią do urny ,podczas gdy puste kartki niegłosujących i kasa na nie wydana trafią do kosza..

2) Referendum nie będzie wiążące – otóż będzie ,jeśli frekwencja referendalna wyniesie ponad 50 %. Jako że to referendum ma szansę powodzenia, pojawiają się wśród partyjniactwa  głosy, z których każdy inaczej rozumie określenie „wiążące”, ale to już inna sprawa i tym będziemy się zajmować po referendum i najprawdopodobniej po nadchodzących wyborach parlamentarnych.

3) Na koniec coś śmiesznego choć to byzydura najbardziej powalająca z powyższych, a wygłoszona przez niejakiego demokratę Andrzeja Celińskiego. Magik ten, kończąc swój wywód w spocie referendalnym obwieszcza światu: Jestem demokratą nie idę na referendum. Aby uświadomić wszystkim ogrom idiotyzmu tego stwierdzenia, przypomnijmy sobie z lekcji historii w klasie 4 szkoły podstawowej ,skąd się wzięło pojęcie demokracja i co ono oznacza. Otóż słowo „demokracja” wywodzi się z greki i jest to zlepek dwóch pojęć ,”demos ” czyli lud i „kratos” czyli władza. Czyli demokracja oznacza władzę ludu ,sposobem wyrażania tej władzy jest referendum, a pan demokrata Andrzej Celiński na referendum nie idzie. Fenomen gościa, który pali trawę ale się nie zaciąga wiecznie żywy.

Jednym z niewielu instrumentów, za pomocą którego możemy oddziaływać na władzę i wpływać na decyzje, dotyczące nas wszystkich są referenda. Jednak słuchaniem tych, którzy nas do udziału w nich zniechęcają, czynimy ten jeden z ostatnich, jeśli nie ostatni z instrumentów bezużytecznym. Oni nie zniechęcają nas dlatego, że im chodzi o nasze dobro, czy o te wszawe 100 milionów wydane na referendum (20 razy więcej wydajemy  jeszcze bardziej bezsensownie , bo na gusła związane z dziadziusiem na chmurce, uprawiane przez najbardziej zbrodniczą organizacje w dziejach świata). Oni nas zniechęcają dlatego, że nie na rączkę im ,aby prosty lud mieszał im w garze, który już dawno między sobą podzielili. A że uważają nas za idiotów, stąd też i argumentów używają idiotycznych.

Zamieszajmy im więc w tym garze i idźmy na referendum. Niech idiotów szukają pośród siebie.